O złamanej lilii i podarowanej róży
Maria Kuncewiczowa podzieliła swoją twórczość na trzy grupy: romanse (powieści), dyliżanse (zapiski z podróży) i eksperymenty. Do ostatniej grupy zaliczyła powieść radiową Dni powszednie państwa Kowalskich oraz dwa dramaty: Miłość panieńską oraz utwór napisany w języku angielskim, Thank You for the Rose.
Niestety, nie było mi dane przeczytać dramatów autorki „Cudzoziemki”. Są praktycznie nie do zdobycia, ponieważ nie doczekały się wersji książkowej. W obydwu seriach dzieł Kuncewiczowej, wydanych przez Pax i Wydawnictwo Lubelskie, nie opublikowano utworów scenicznych. To chyba nie jest niedopatrzenie, tylko świadoma decyzja, bo w opinii krytyków to były sztuki niezbyt udane. Mimo to mam nadzieję, że kiedyś uda mi się do nich dotrzeć.
 |
Janina Romanówna i Wacław Pawłowski w jednej ze scen sztuki "Miłość panieńska" Marii Kuncewiczowej w Teatrze Małym w Warszawie. [Źródło zdjęcia] |
Miłość panieńska, napisana w 1932 roku, porusza między innymi kwestię aborcji, a miejscem akcji jednego z aktów jest klinika ginekologiczna, co w tamtych czasach wymagało od autorki sporej odwagi. Sztuka nie spotkała się z aplauzem recenzentów i publiczności, była wręcz mowa o honorowej porażce. Problemu nie stanowiła skandalizująca tematyka, tylko niedostatki artystyczne. Sztukę grano w Teatrze Małym w Warszawie. Tylko piętnaście razy. Spektakl reżyserował Aleksander Węgierko, autorem dekoracji był Stanisław Śliwiński. Antoni Słonimski tak ocenia wykonawców głównych ról:
„Romanówna jako Janka potraktowała swoją trudną rolę bardzo szlachetnie, ale zbyt może lirycznie. Za mało miała siły w pierwszych rozczarowaniach młodego życia, za mało buntu, a za bardzo poszła po drodze tak zwanej złamanej lilii. Dawno nie widziana na scenie p. Dunin-Osmólska pięknie zagrała rolę matki. Fritsche był poprawnym ojcem, a Pawłowski przystojnym Ryszardem”. [1]
Odtwórca roli Ryszarda rozsierdził natomiast Tadeusza Boy-Żeleńskiego, który nazwał go „manekinem miłości” [2].
Słonimski doceniał bezkompromisowość młodej autorki, ale z typową dla siebie swadą zauważył w sztuce spore niedociągnięcia, przede wszystkim sztuczność i brak prawdy psychologicznej:
„Niestety, [...] konflikt przeprowadzony jest nie dosyć scenicznie. [...] Autorce nie chodzi chyba o to, że spotkało się dwoje ludzi niedobranych. Pragnie ona wydobyć istotne różnice w traktowaniu miłości przez kobietę i mężczyznę. [...] Mnie osobiście wydaje się, że to nie kwestia płci, ale charakteru. Moglibyśmy sobie równie dobrze wyobrazić stosunek przeciwny. Mężczyznę, który pragnie oddać się cały i spowiadać ze swoich terminów wekslowych, i kobietę, która nie lubi gadaniny i w miłości szanuje bardziej czyn niż słowo: Każden człowiek swoją prawdę ma, jak powiedziała pewna staruszka sprzedając jedną wodę sodową z sokiem cytrynowym, a drugą z malinowym”. [3]
Tadeusz Boy-Żeleński też pozostał nieczuły na uroki Miłości panieńskiej, ale obszedł się z nią dość łagodnie. W recenzji spektaklu tak pisał o Jance, głównej bohaterce sztuki:
„Jakaś mętna tęsknota za innym kształtem życia tłucze się w tej mieszczańskiej pannie; butne ambicje nowej kobiety mieszają się w niej ze starą rupieciarnia romantyczno-sentymentalną. I właśnie może ten groch z kapustą dobrze charakteryzuje przejściową epokę, w której żyjemy.”[4]
Mimo mało zachęcających ocen po osiemnastu latach pisarka powróciła do formy dramatycznej. W Londynie w 1950 roku napisała sztukę Thank You for the Rose. Wróciła w niej do tematów feministycznych. To utwór o perypetiach uczuciowych kobiety, która postanowiła rozstać się z niekochanym mężczyzną. Ciekawy jest wątek fantastyczny, oparty na Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla.
 |
Rękopis sztuki Thank You for the Rose. |
Kuncewiczowa bezskutecznie próbowała zainteresować sztuką angielskie teatry. Zwróciła się też do BBC z prośbą o wykorzystanie Thank You for the Rose w charakterze słuchowiska, ale otrzymała odpowiedź, że sztuka nie nadaje się do radia. Polski przekład ukazał się w „Dialogu” w roku 1963 i jak dotąd nie zainteresował żadnego reżysera. Na tym zakończyła się niefortunna przygoda Kuncewiczowej z teatrem.
Zastanawiam się, dlaczego pisarka poniosła sceniczną klęskę? Przecież zarówno adaptacja „Cudzoziemki” w Teatrze Telewizji, jak i jej filmowa wersja, doczekały się pozytywnych recenzji i sympatii widzów. Może Kuncewiczowa wolała bardziej płynną, ulotną, kapryśną formę literacką i lepiej się czuła w takich właśnie utworach, a teatr wymaga oszczędności słów, grubszej kreski i bardziej nasyconych kolorów?
Oto wywiad, którego udzieliła pisarka, w 1932 roku, kiedy trwały przygotowania do wystawienia „Miłości panieńskiej”.
Maria Kuncewiczowa, autorka niezapomnianego „Przymierza z dzieckiem”, świetna nowelistka, doskonałe pióro eseistyczne - dramatopisarką?
Tak, Teatr Mały rozpoczął już próby z jej czteroaktowej sztuki „Miłość panieńska" — czy można nie być ciekawym, co myśli sama autorka o swym niedalekim debiucie?
— O co chodzi w sztuce? — zaczynamy rozmowę w miłym saloniku, pełnym cennych obrazów, widoków Kazimierza, w którym pani Kuncewiczowa spędza każde lato, i różnych osobliwości huculskich, góralskich itd.
— Osnową sztuki — słyszymy odpowiedź — jest konflikt między dwiema koncepcjami miłości, bohaterami zaś — młodzi kochankowie, Ryszard i Inka, oboje z tzw. dobrego domu. Chłopiec pojmuje miłość jako sen, ucieczkę od życia (jest to koncepcja raczej poetycka), dziewczyna widzi w miłości element wszechogarniający — samo życie. Pierwsza koncepcja nie stwarza żadnych nakazów, natomiast druga pociąga za sobą żądzę wspólności zdań, jednoznaczność doznań. Inka stara się każdą obcość uzgodnić z kochankiem, Ryszard woli każdą obcość ominąć lub zażegnać jako fatalizm, który nie da się usunąć.
Na tle konfliktu tych dwóch koncepcji moment przesilenia fizycznego miłości staje się momentem tragicznym. Wynika kwestia dziecka i kochanka musi zamknąć się samotnie w sferze swojej płci. Zgodnie ze swoją koncepcją „wspólności” Inka żąda, by Ryszard podzielił z nią przynajmniej społeczną stronę tego ważnego faktu: żeby powziął decyzję co do istnienia dziecka i wziął na siebie część udręki moralnej, towarzyszącej wszelkim katastrofom fizycznym. Tu występuje na jaw „nowatorstwo erotyczne” Ryszarda...
— Nowatorstwo erotyczne?
— Tak, za chwilę to panu wyjaśnię. Ryszard, świadomy swej bezsilności, nie uważa się za uprawnionego do udziału w decyzji, której nie może poprzeć udziałem w cierpieniu. Z drugiej strony uważa, że jego obecność nie mieści się w tej arcyskomplikowanej sytuacji życiowej. Stąd gorycz Inki, żal Ryszarda i początek końca miłości.
 |
Maria Kuncewiczowa w swoim warszawskim mieszkaniu, lata trzydzieste. |
Dlaczego powiedziałam „nowatorstwo erotyczne” Ryszarda? Oczywiście taki stosunek mężczyzny do odpowiedzialności miłosnej nie jest nowy. Nowa jest natomiast sankcja społeczna tego stosunku, który dawniej określono by jako „donżuański”, a który dziś zaczyna być w niektórych wypadkach rozumiany jako tragedia męskiej bezsilności. W mojej sztuce jest taki właśnie „niektóry wypadek”.
— Zatem nie potępia pani młodego bohatera sztuki?
— Nie, zupełnie się na niego nie gniewam. Ale sympatie moje są po stronie Inki, której przypadł w udziale ból fizyczny, bardziej hańbiąca cząstka tajemnicy istnienia niż ból moralny Ryszarda...
— Jak pisała Pani „Miłość panieńską”?
— Bardzo impulsywnie i bardzo krótko. 3 dni i trzy noce. Dopiero potem przyszły poprawki i przeróbki. Równie impulsywnie pisałam „Przymierze z dzieckiem”. Inne rzeczy już zupełnie inaczej.
— Bardzo mnie interesują te „inne rzeczy". W odpowiedzi na ankietę „Wiadomości Literackich” powiedziała Pani, że. w sprawie swoich zamierzeń literackich jest Pani bardzo przesądna. Ale ponieważ „Kultura" nie licuje z przesądami...?
— Więc dobrze. Piszę teraz historię złożoną z 20 rozdziałów. Rodzaj rozczłonkowanej powieści lub raczej zbiór nowel, które będą związane wspólnością tła i niektórych bohaterów, występujących raz jako postaci pierwszoplanowe, raz jako komparsi. Cała ta historia oparta jest na obserwacji. Bodziec twórczości przychodzi z zewnątrz. Stykam się z obcymi, częstokroć niesympatycznymi postaciami, do których siłą rzeczy muszę mieć stosunek bezosobisty. W pracy tej nie ma rozkoszy pisania. Piszę bardzo wolno. Brak mi jeszcze pięciu rozdziałów.
— A teraz owe (nieuniknione) banalne pytania: jakie są Pani ulubione książki? Co Pani czyta?
— Przyznam Panu, że od czasu „Krystyny córki Lawransa” żadna książka nie uczyniła na mnie podobnie silnego wrażenia. Ciągle do niej powracam. Russela „Małżeństwo i moralność”. Imponuje mi dżentelmeński stosunek Russela do zagadnień, do których podchodzi się zazwyczaj od strony skandalu, po plotkarsku... Przepiękne są wiersze Staffa w tomie „Wysokie drzewa”...
Z kolei zaczynamy mówić o muzyce, tej drugiej sferze zainteresowań pani Kuncewiczowej, która jest, jak wiadomo, wysoce utalentowaną śpiewaczką.
Autorka „Miłości panieńskiej” skarży się, że tak trudno jest zajmować się jednocześnie muzyką i literaturą. Jedna przeszkadza drugiej. Ale wyznaje, że w ostatnich czasach znów ją przeciągnięto na stronę muzyki. Chodzi na lekcje śpiewu i śpiewa pieśni Mozarta...
Kto wie, może niezadługo ujrzymy ją na estradzie?
Kultura 1932, nr 5 [5]
________________
[1] Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. II, Czytelnik 1959, s. 39.
[2] Cyt. za: Alicja Szałagan, Maria Kuncewiczowa: monografia, Instytut Badań Literackich 1995, s. 165.
[3] Antoni Słonimski, op. cit, s. 39.
[4] Cyt. za: Alicja Szałagan, op. cit., s. 165.
[5] Rozmowy z Marią Kuncewiczową, wybór, opracowanie i posłowie Helena Zaworska, Czytelnik, 1983, s. 55-57.